Jak ekologia upolityczniła moje apolityczne życie

Ostatnie parę lat upłynęło mi na biernej obserwacji sceny politycznej. Raz na pół roku, dla hecy, pozwalałam sobie na obejrzenie Wiadomości, w sumie po to, żeby się pośmiać i być na bieżąco z technikami manipulacji. Przyznaję się bez bicia, że politykę miałam do niedawna w nosie, gdyż nasza polska odmiana jest biznesem jak każdy inny i nie do końca interesowały mnie słowne przepychanki pozbawione merytorycznego zaplecza. Poza tym, w czasach studenckich należałam zarówno do pewnej partii jak i młodzieżówki. Zobaczyłam z czym to się je i nie jest to nic, co jest “dobre” czy “zdrowe”. Nadal reprezentuję po cichu poglądy tej partii, ale tylko dlatego, że wybieram “mniejsze zło”. 

Chcąc czy nie chcąc, polityka dorwała mnie na nowo z powodów ekologicznych. Liczne doniesienia o działaniach Ministerstwa Środowiska w Puszczy Białowieskiej, finansowe zachęty do polowań na dziki, wreszcie polityka węglowa i zapewnienia, że Polska od swej tradycji czyli górnictwa nie odstąpi – tak skumulowana dawka, wstrząśnięta i zmieszana, wymusiła na mnie nawrócenie się w stopniu większym niż przewidywałam. 

Nauczyłam się od polityków najróżniejszych resortów nie wymagać zbyt wiele. Natomiast od ludzi z Ministerstwa Środowiska spodziewałabym się przynajmniej podstawowej wiedzy o kryzysie klimatycznym oraz zamiłowania do samego środowiska, czyli całej flory i fauny. Tymczasem mam momentami wrażenie, że polski rząd chciałby kryzys klimatyczny pogłębiać, byle się nachapać. Zwierzęta i rośliny są kompletnie niepotrzebne, właściwie bardziej przeszkadzają niż pomagają. Może oprócz zwierząt ubojnych, na nich można zarobić krocie. 

Jako obywatelka nigdy nie czułam się przesadnie przez państwo dopieszczona, ale po przeczytaniu artykułu “Polowania ochroni policja” na portalu farmer.pl, poczułam jakby państwo miało mnie głeboko w dupie. Przykro mi, moich odczuć nie dało się inaczej ująć. Minister Ardanowski potwierdził, że hodowla zwierząt futerkowych i uboju rytualnego będzie w Polsce utrzymana. I to oczywiście boli jak cholera, ponieważ znakomity, czyli ten bardziej humanitarny procent społeczeństwa opowiada się za zmianami. Te zmiany w Europie już postępują, ale nasi sarmaci w garniturach są niestety na dogodnej pozycji decydentów. Najbardziej jednak rozsierdziło mnie stwierdzenie ministra, że jeśli nie podoba się to organizacjom ekologicznym, to trudno. Nie należę do żadnej organizacji, ale poczułam się jakby ktoś mi wychlastał gębę, splunął w oko i przypalił petem. Przez te ostatnie lata ignorancji politycznej nie zauważyłam, że szacunek do obywatela należy do przeszłości, a kurtuazja stała się słowem wyrazów obcych. Facet, który dostaje pensję z mojej i Twojej ręki, mówi prosto z mostu “jak ci się nie podoba, to spier*****”. Po tym przebudzeniu zastanawiam się, czy nadal żyję w państwie demokratycznym? Czy gdyby państwo tylko miało narzędzia, nadal bym miała prawa?

Komentarze

Popularne posty